środa, 3 stycznia 2018

Ulubieńcy ROKU 2017

Witam wszystkich w nowym, 2018 roku!
Ulubieńców grudnia nie będzie, raczej nie uwzględniałam ich
wybierając ulubieńców roku - za krótko znam te produkty.
Pewnie pod koniec stycznia lub na początku lutego pojawią się w ulubieńcach
ostatnich miesięcy albo nawet na początku marca jako zimowi ulubieńcy.
Rzadko piszę na swoim blogu ostatnimi czasy,
ale to nie znaczy że mogłabym odpuścić rocznych ulubieńców.
Chciałabym wam pokazać moje odkrycia kosmetyczne ostatnich 12 miesięcy. 

Zacznę od tego czego mam najmniej: pielęgnacji.
Testowałam mnóstwo szamponów, balsamów, kremów, masek zarówno do ciała
jak i do twarzy czy włosów jednak żaden z produktów nie skradł mojego serca.
Możecie mi życzyć żebym w 2018 roku znalazła swoich ulubieńców do pielęgnacji!


Wczesną wiosną tego roku odkryłam coś takiego jak skarpetki złuszczające,
które odmieniły moją pielęgnację stóp. Już nie muszę walczyć z pumeksami i tarkami.
Skarpetek takich używam średnio raz na 3 miesiące, czasami rzadziej, czasami częściej
w zależności od tego w jakim stanie są moje stopy. 
Na zdjęciu są te z She Foot, ale używałam również tych firmy L'biotica i również je polecam.
Koszt takich skarpetek to 15-20 zł a jest niesamowitą wygodą,
ponadto takie skarpetki złuszczą każdy zrogowaciały, stary naskórek
i takiego precyzyjnego efektu nigdy nie osiągniemy pumeksami ani tarkami.



Drugim i ostatnim produktem z pielęgnacji, który towarzyszył mi niemal cały rok
jest suchy szampon marki Isana. Dostępny za ok 10 zł w Rossmannie,
pozwala mi nie myć włosów codziennie ale co dwa a nawet trzy dni.
Szybko się wchłania po wyczesaniu więc nie zostawia białego nalotu,
spełnia swoją rolę - włosy wyglądają po nim jakby były przed chwilą umyte.



Lakiery hybrydowe, które skradły moje serce w 2017 roku są z firmy Neonail.
Jedyny kolor, który jest słabo napigmentowany to niestety czarny potrzeba 5-6 warstw.
Natomiast pozostałe odcienie, które posiadam potrzebują dwóch,
czasami trzech cienkich warstw do pełnego krycia.
Polecam również topy - standardowy i no wipe oraz bazę tej marki. 



Zapach, który odkryłam w minionym roku to Wonder Rose z Zary.
Za 100ml produktu zapłaciłam niecałe 40 zł więc bardzo mało.
Ponadto zapach jest przecudowny - ja uwielbiam słodkie, intensywne zapachy, szczególnie latem.
Ten cudowny aromat pozostaje też ze mną przez wiele godzin, 
a nie ulatnia się od razu jak nawet niektóre wysokpółkowe perfumy.


Czas na kolorówkę - czyli to co większość z nas lubi najbardziej.

Jeśli chodzi o pudry, podkłady i korektory zaufałam tym produktom, które już znam i lubię
a rzeczy, które testowałam nie przypadły mi do gustu do tego stopnia
żebym umieściła je tutaj dzisiaj. Moim ulubionym podkładem wciąż jest Pierre Rene Skin Balance.


Rozświetlająca baza z Golden Rose to produkt, który będzie mi towarzyszyć jeszcze długo.
Jak na razie to najlepsza baza rozświetlająca z jaką miałam styczność.
Sprawdza się nie tylko pod makijaż, ale również do mieszania z podkładami
czy nawet korektorami w celu uzyskania efektu pięknego glow. 
Ma lekko biały odcień więc nawet odrobinkę można nią rozjaśniać kosmetyk.
Używałam jej zarówno dla siebie w niewielkiej ilości pod oczy oraz na policzki,
jak i dla klientek. Często mieszałam ją z podkładem Pierre Rene Skin Balance,
który sam w sobie ma raczej matowe wykończenie a z tą bazą jest najcudowniejszym
podkładem dla cer normalnych a nawet tych mieszanych w kierunku suchych. 



Mgiełka utrwalająca z Golden Rose, której została mi dosłownie odrobinka na dnie.
Fajnie scala makijaż i ściąga nadmierną pudrowość a również utrwala.
Niejednokrotnie spryskiwałam nią rownież pędzle kiedy chciałam nałożyć cień na mokro.



Makijaże swoje oraz swoich klientek utrwalałam fixerem z Theatric professional.
Moim zdaniem nie odstaje niczym od kultowego fixera z Kryolanu
a jest zdecydowanie tańszy i przede wszystkim lepiej DOSTĘPNY.
Kupuję go w Rossmannie albo Naturze za ok. 30 zł. 



Jak już jestem przy marce Theatric Professional to muszę również wam polecić
bibułki matujące tej marki. Te różowe zdecydowanie lepiej matują niż zielone!



Mixery z Nyxa to produkt, bez którego wizażysta nie może się obejść.
Ja najczęściej używam białego i oliwkowego.
Mixery te są niezawodne, nie zmieniają właściwości podkładu czy korektora
i pomagają stworzyć idealny odcień. Jeśli macie problem z doborem
odcienia podkładu to warto się zaopatrzeć właśnie w ten kosmetyk
w odpowiednim dla siebie odcieniu.



Kupiłam z ciekawości paletkę kremowych korektorów z Golden Rose
i bardzo się cieszę, że to zrobiłam. Beżowy korektor ma fajny, pasujący do większości Polek
odcień. Pozostałe kolorki słuzą do korygowania przebarwień
i świetnie spełniają swoją rolę. Ja jak widać po zużyciu najczęściej używam
zielonego - do maskowania zaczerwienień oraz brzoskwiniego pod oczy, świetnie maskuje cienie
i od razu daje delikatne krycie. Użyty w niewielkiej ilości nie waży się pod oczami.



Pokochałam produkty do konturowania z Kobo.
Zarówno wygodną, kompaktową paletkę z dwoma odcieniami do konturowania
jak i matowym, jasnym, żółciutkim pudrem jak i stick do konturowania na mokro.
Mogę śmiało powiedzieć, że to mój ulubiony zestaw do konturowania
zarówno delikatnie na codzień jak i również na większe wyjścia.
Nigdy nie miałam z tymi produktami problemów, świetnie się rozcierają
i utrzymują się na skórze. Można im po prostu zaufać.



Na paletkę rozświetlaczy Ultra Pro Glow od marki Makeup Revolution
chorowałam od dawna. Odkąd ją sobie sprawiłam używam jej niemal codziennie.
Odcienie te można dowolnie mieszać by uzyskać cudownie błyszczący intensywny efekt
w odpowiednim kolorze. Moim zdaniem bardzo przydatna również w pracy wizażysty. 
Rozświetlacze te niczym nie odstają od np. kutlowej Mary Lou Manizer z The Balm
a cała paletka i tak jest tańsza niż pojedynczy produkt The Balm. 



Przechodząc już do makijażu oczu, nie mogę pominąć matowej bazy Zoevy,
która wprawdzie już miała swoje najlepsze momenty w internecie
ale wciąż jest warta uwagi i przetestowania.
Cudownie utrzymuje cienie, ma wygodne i higieniczne opakowanie w tubce.
Daje sobie radę również z mocno przetłuszczającą się powieką.



Przepraszam, że na zdjęciu ta paletka jest tak brudna ale ciągle jej używam
a ponadto bardzo ciężko ją wyczyścić. Jest to paleta cieni Makeup Revolution
inspirowana paletkami Morphe Brushes. Nazywa się Dynamic 
i ma w sobie odcienie po które ja najczęściej sięgam róże, borda i fiolety. 
Zawsze byłam fanką tej marki co łatwo można zaobserwować śledząc tego bloga,
ale ostatnie paletki cieni, które wypuściła ta firma przechodzą same siebie.
Konsystencja jest idealna, niezbyt sucha ani niezbyt masełkowa.
Cienie bajecznie się blendują, są dobrze napigmentowane i nie tracą na intensywności w ciągu dnia.



Cienie z My Secret są dostępne w Naturze i są naprawdę taniutkie.
Mają suchą konsystencję ale są za to dobrze napigmentowane 
i ja bardzo lubię z nimi pracować bo przyjemnie się blendują, nie robią plam.
Posiadam również poczwórną kolorową paletkę, o której zapomniałam robiąc zdjęcia.
W potrójnych paletkach dwa cienie uległy degradacji po nieznacznym upadku. 
Czarny cień tej firmy to najlepsza czerń jaką posiadam w swojej kolekcji,
jest intensywnie napigmentowana i nie traci koloru podczas blendowania.



Pigmenty z Glam Shopu odkryłam już jakiś czas temu i bardzo je chwaliłam
ponieważ mają piękne odcienie, nie sypią się tak bardzo jak np. Inglot
dzięki czemu można je spokojnie nałożyć mając już pomalowaną twarz.
Świetnie się trzymają powieki i są fajnie, drobno zmielone.
Jakież było moje zaskoczenie kiedy okazało się, że pigmenty marki Mexmo
nie tylko mają identyczne opakowania ale również formułę
więc uwzględniłam je w tym wpisie razem. Prawdopodobnie to ten sam producent.
Polecam jedne jak i drugie tak samo. Kwestia skąd wolicie zamówić
i jakie kolory bardziej was interesują ponieważ Glam Shop ma więcej ciekawych odcieni,
duochromów i pigmentów o formule zbliżonej do brokatu np. śnieżka. 



Wodoodporne kredki do oczu, które pokochałam to Kohl pencil z Inglota.
Posiadam czarną oraz beżową. Jedyna ich wada jest taka, że bardzo szybko zastygają
więc należy szybko z nimi pracować. Wynagradza to ich masełkowa konsystencja.



Bardzo polubiłam wodoodporny eyeliner z Wibo.
Idealny do własnego użytku - załączony pędzelek ładnie namaluje z nami kreskę.
Kolor jest intensywnie czarny, makijaż nim zrobiony się nie kruszy
ponadto całość nie zajmuje wiele miejsca więc można go spokojnie nosić w kosmetyczce
czy zabierać ze sobą nawet w najdalsze podróże.


\

Kolejne eyelinery - tym razem brokatowe marki Golden Rose.
Póki co posiadam złoty oraz srebrny ale zamierzam dokupić też odcień niebieski.
Nie tylko zrobimy nimi drobny błyszczący akcent na powiece,
ale nawet nałożymy na całą powiekę zamiast cienia a nawet sprawdzą się jako baza
pod jakiś inny błyszczący cień czy np. pigment. 



Pomadki Golden Rose królowały już w 2016 roku, ja w 2017 poszerzyłam swoją kolekcję
o kolejne kolorki oraz dokupiłam drugie opakowanie pomadki nr. 10
ponieważ pierwsze już całkowicie wykończyłam.
Co tu dużo mówić, pomadki mają bardzo komfortową formułę - nie wysuszają ust,
są napigmentowane i trwałe. Można je dokładać i nie tworzą skorupki.
Jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości - kosztują niecałe 20 zł
więc naprawdę warto przetestować jeśli jeszcze ich nie znacie!



Kobo wypuściło całą nową szafę kosmetyków w drogeriach Natura.
Na przetestowanie wzięłam jeden a później drugi odcień pomadki.
Ich konsystencja jest niemal identyczna jak Golden Rose i cena również podobna
więc nie rozwodząc się - śmiało kupujcie, są świetne!


Zbliżamy się ku końcowi a więc pora na gadżety do makijażu.


Zastrugaczki z Essence to coś bez czego nie umiem się obejść. 
Na zdjęciu widzicie drugą, nową jeszcze nie pobrudzoną sztukę.
Świetnie struga kredki zarówno małe do oczu czy konturówki
jak i te w większych rozmiarach np. do konturowania. 
Wbrew pozorom wcale nie tak łatwo o dobrą temperówkę, szczególnie do kosmetyków.



Pędzle, którymi zachwycają się miłosniczki aliexpress to między innymi Jessup.
Jakość ich włosia jest lepsza niż np. w przypadku Hakuro.
Za swój zestaw płaciłam niecałe 80 zł, przyszły w ok. 2 tygodnie.
W dwóch pędzlach odpadła mi skuwka - kwestia doklejenia kropleką.
Włosie nie śmierdzi, jest bajecznie mieciutkie, syntetyczne a pędzle spełniają swoje funkcje.
Na zdjęciu nie mam wszystkich pędzli z zestawu ponieważ część mam gdzie indziej.


I na sam koniec pędzle, na których punkcie również oszalały internautki.
Przedstawiam wam Hulu - porównywane często do Hakuro, 
moim zdaniem włosie jest miększe i nawet lepszej jakości.
Cena za to jest niższa. Ja wybrałam tylko syntetyki i rozważam zdublowanie tych pędzli,
ponieważ praca z nimi tak jak w przypadku Jessup to czysta przyjemność.
Mam aż 2 pędzle do podkładu, z P6 czasami wychodzą pojedyncze włoski ale wystarczy je przyciąć.
Skośny, ścięty pędzelek jest idealnie cieniutki, pędzel do cieni zbity więc fajny do precyzyjnego 
nałożenia cieni tak aby nie tracić na ich pigmentacji ale da się nim nawet rozcierać od biedy.
Skośny pędzel do bronzera/pudru/różu jest fajnie wyważony,
ponieważ nie jest zbyt zbity ani włosie nie jest też za "luźne" dzięki temu bardzo lubię
nim nakładać i rozcierać produkty na policzkach i pudrować czasem okolice pod oczami.


JEŚLI TO CZYTASZ TO GRATULACJE!
Dotarłeś do konća moich rocznych ulubieńców.
Piszcie w komentarzach koniecznie czy znacie te produkty i jakie macie o nich opinie
oraz dajcie znać jakie kosmetyki zawładnęły waszymi sercami w minionym roku! 

piątek, 15 grudnia 2017

Makijażowi ulubieńcy ostatnich miesięcy

Cześć wszystkim po ponad dwumiesięcznej przerwie!
Zebrałam najlepsze kosmetyki, które odkryłam w październiku i listopadzie
bo są tutaj naprawdę perełki warte uwagi i muszę się z wami nimi podzielić!


Zakochałam się w wodoodpornym eyelinerze z Wibo. 
Jak wiadomo kosmetyki tej marki kosztują grosze, ja na promocji w Rossmannie
dałam za niego mniej niż 5 zł a naprawdę jestem zachwycona.
Jest rzeczywiście wodoodporny - a więc trwały,
nie rozmazuje się, nie kruszy i ma intensywny czarny kolor.
Pędzelek jest precyzyjny więc to kosmetyk idealny do własnego użytku
szczególnie na wyjazdy. Uwielbiam kosmetyki, do których nie muszę
używać dodatkowych narzędzi. Zajmuje to mniej miejsca i czasu.




Kobo wypuściło w nowej kolekcji nie tylko ciekawe cienie i pigmenty
ale też świetne, napigmentowane i przystępne cenowo ( ok 19,90 zł ) pomadki w płynie.
Formułą przypominają mi bardzo Golden Rose a więc są trwałe i komfortowe na ustach.
Posiadam odcienie Red Velvet oraz Love Thunders Torm.




W końcu sprawiłam sobie też paletkę rozświetlaczy od jednej z moich ulubionych
tanich firm Makeup Revolution. Paleta nazywa się ultra pro glow.
Roźswietlacze są świetnie napigmentowane i trwałe, dają piękny efekt.
Można je dowolnie łączyć ze sobą tak by uzyskać odpowiadający nam wygląd na skórze.



Wiele osób jest totalnie zakochanych w prasowanych pigmentach z Kobo.
Nie są to klasyczne cienie tylko sprasowany pigment przez co jest bardzo delikatny
i nie radziłabym go zabierać ze sobą w podróż czy nawet do klientek, bo może się 
okazać że podczas wyprawy cały popękał - jednak wystarczy później uklepać go palcem
i wraca do pierwotnej formy, nie mniej jednak jest to dość kłopotliwe.
Odcień, który ja posiadam to pomegranate, który jest bordowy i opalizuje
na złoto/różowo/fioletowo. Jest naprawdę bajeczny i uwielbiam go nakładać 
na klej do brokatu z Kryolanu, gwarantuje to trwały i mega błyszczący efekt.
Z tego co pamiętam płaciłam za niego ok. 25 zl więc majątek to to nie jest. 



Kolejna błyskotka z Kobo - opalizujący na zielono pigment o nazwie Kiwi Secret.
Swatch, który zamieszczam na dole wyrazi wszystko na temat tego produktu.
Cena to ok. 30 zł i jak wszystkie produkty Kobo dostępny tylko w drogeriach Natura. 



Ostatnia błyskotka na koniec - fioletowy, sypki roświetlacz marki Wibo.
Kosztuje niecałe 20 zł więc niewiele jednak jak na Wibo nie jest to też najtańsza opcja.
Od razu mówię, żeby wybić sobie z głowy używanie go jako rozświetlacza 
ponieważ ma on w sobie milion drobin. Za to polecam jako zwyczajny, błyszczący pigment.
Używam na wewnętrzną część ruchomej powieki, lub tylko do rozświetlenia wewnętrznego kącika.


Poniżej swatche tych cudownych błyskotek.
Od góry: pomegranate z Kobo,
violet shimmer od Wibo
oraz znów Kobo - pigment kiwi secret. 



Znacie moich ulubieńców? Piszcie koniecznie! 

wtorek, 3 października 2017

Makijażowi ulubieńcy września 2017

Z powodu choroby mam w końcu chwilkę żeby się zając swoim zaniedbanym blogiem.

W minionym miesiącu przetestowałam mnóstwo kosmetyków i o ile z pielęgnacji
nic szczególnie nie przypadło mi do gustu o tyle mam wiele makijażowych ulubieńców.



Jestem absoultunie zakochana w palecie Makeup Revolution, która nazywa się
Dynamic - kupowałam ją na promocji na ekobieca za niecałe 50zł.
Jakość cieni tej firmy jest według mnie świetna biorąc pod uwagę dostępność
oraz naprawdę korzystną cenę. Ta paleta 35 cieni do powiek jest mocno " inspirowana "
jedną z palet Morphe. Są to w 100% moje kolory, kocham róże i fiolety
a w dodatku mamy też trochę odcieni bardziej ciepłych, wręcz pomarańczowych.
Używam jej bez opamiętania do malowania klientek.
Jestem nią naprawdę oczarowana i dawno tak się nie jarałam żadnym kosmetykiem.
Mając ją w rękach mam milion pomysłów na wykorzystanie jej
i gdybym tylko mogła malowałabym się nią na okrągło i bez przerwy. 



Pod koniec sierpnia w cenie ok 10 zł upolowałam w Naturze nowe, matowe paletki
z My Secret Cinamon Rolls i Violet Hills. Jak to cienie z My Secret są dobrze napigmentowane,
bardzo mocno się sypią no i niestety w obydwu paletkach cienie mi się pokruszyły,
o ile ta paletka brązów mi upadła o tyle różowa pokruszyła się tak sama z siebie,
prawdopodobnie już była uszkodzona jak ją kupiłam a ja tego nie zauważyłam.
Cienie tej firmy to mimo wszystko są jedne z moich ulubionych drogeryjnych.



Skoro już mowa o My Secret sprawiłam sobie też pojedynczy, czarny cień i obecnie
tylko jego używam. To najlepiej napigmentowana czerń z jaką miałam do czynienia.




Konturowanie z Kobo to jedna z moich ulubionych ostatnio czynności w makijażu.
W końcu zaopatrzyłam się w trójkę  pudrów do konturowania
( 2 miniaturki bronzerów i jeden puder, którego jakoś nie używam )
oraz stick do konturowania w idealnym, chłodnym i dość jasnym kolorze. 
Kobo to jedna z lepszych polskich firm, szczególnie jeśli chodzi o produkty 
do konturowania. Naprawdę warto się z nimi zapoznać jeśli ich jeszcze nie macie!



Jak już mówię o naszych rodzimych i tanich markach to muszę wspomnieć o matowej
szmince z Bell, którą upolowałam robiąc zakupy w Biedronce.
Jest ona z serii Velvet Story i wybrałam odcień nr. 3, bardz fajny i ciepły nudziak,
z beżowo-różową tonacją. Jest bardzo aksamitna w konsystencji,
łatwa w aplikacji nawet lepsza niż Velvet Matte z Golden Rose,
jednak tutaj gama kolorystyczna nie jest aż tak duża i ciekawa a szkoda!
Mam nadzieję, że na jesień w biedronce pojawią się jakieś fajne cudeńka z Bell
ponieważ ta firma niejednokrotnie pozytywnie zaskoczyła wszystkich.
i mam nadzieję że w tym sezonie również tak będzie.



W końcu udało mi się też upolować bananowy puder z Wibo, jest bardzo fajny, 
dla mnie trochę za żółciutki ale lubię go do bakingu.
Drobno zmielony i idealny pod oczy. Zaletą jest też miły, subtelny, bananowy zapach
oraz wiadomo cena i dostępność kosmetyku w każdym Rossmannie 
( o ile nie jest wyprzedany ). Jednak trochę bardziej wolę Fixing Powder z Wibo,
jeśli chodzi o pudry pod oczy i do bakingu. 



W końcu znalazłam korektor idealny dla takiego bladziocha jak ja!
Korektor marki Sephora w odcieniu 06, chyba najjaśniejszy jaki jest dostępny.
Jest to typowo porcelanowy, jaśniutki i mocno napigmentowany kosmetyk.
Bardzo ładnie wygląda na skórze, stapia się z nią i ma przyzwoite krycie. 
W końcu mogę naprawdę rozjaśniać swoją okolicę pod oczami.



W końcu wyrpóbowałam kochaną i zachwalaną przez wszystkich bazę pod cienie
firmy Zoeva w wersji matowej ( jest jeszcze perłowa ).
Cenowo wychodzi naprawdę korzystnie, jest wydajna, ma ładny, jasny kolor. 
Pięknie utrzymuje cienie, świetnie się z nią pracuje i ma bardzo leciutką konsystencję.
Warta wypróbowania zwłaszcza, że kosztuje niecałe 40 zł.



Na koniec błyskotka od Golden Rose.
Jestem absolutnie zakochana w tym brokatowym eyelinerze i z pewnością
dokupię pozostałe kolorki. Na zdjęciu tego nie widać, ale to nie jest tylko złoty blask,
ale wielowymiarowe takie holograficzne drobinki - na żywo coś niesamowitego.


Jeśli to czytasz to znaczy, że udało Ci się dobrnąć do końca!
Sporo tego było w tym miesiącu i zapewne w październiku będzie jeszcze więcej,
bo wiele marek między innymi Kobo czy Lovely wypuszcza na jesień nowości
więc pewnie drogerie będą oblegane jak nigdy! 

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Ulubieńcy wakacji 2017


Ze względu na brak czasu postanowiłam zgromadzić ulubione kosmetyki 
z lipca i sierpnia i zrobić ulubieńców wakacji,
mam tutaj dla was naprawdę fajne perełki, które są warte zakupu. 



Podkładem, z którym naprawdę się zaprzyjaźniłam jest Maybelline Fit me!
Matte+ Poreless dla skóry normalnej i tłustej.
Ma ładne krycie, jest trwały i przystępny cenowo ( ja kupiłam na Ezebra za ok. 19 zł ).
Lekko zastyga i w połączeniu z pudrem ryżowym z ecocery daje naprawdę fajny,
długotrwały mat a jednocześnie fładnie stapia się ze skórą więc wygląda bardzo naturalnie.



H&M ma bardzo ciekawą serię kosmetyków. Ten rozświetlacz to odcień
delicate pearl i kosztował dokładnie 49,90zł za dużą ilość produktu - 8 gram,
w pięknym i solidnym opakowaniu z lusterkiem.
Jak widać na załączonym obrazku daje on efekt niesamowitej, złocistej tafli,
jednak trzeba z nim uważać bo jeśli na skórę nie pada światło a nałożymy go zbyt wiele
wygląda na twarzy dość brudno i sino. W dodatku dość specyficznie śmierdzi.
Mimo wszystko polecam bo to co robi na twarzy wygląda mega imponująco. 



Jestem totalnie zakochana w pigmentach z Glam Shopu.
Pięknie błyszczą, mają bardzo ciekawe odcienie i praktycznie się nie osypują
co jest fenomenem wśród tego typu produktów.
Na spokojnie można z nimi pracować przy pomalowanej wcześniej twarzy. 
Kosztują 15 zł i za tą cenę naprawdę polecam, jestem pewna, że kupię jeszcze jakieś kolorki.

Posiadam odcienie ( od lewej )
rudy róż - nie mogłam uchwycić jego różowych tonów na zdjęciu,
ale musicie mi wierzyć na słowo, że jest bajeczny
denaturat - piękny, głęboki fiolet
śnieżka - jak sama nazwa wskazuje, biały opalizujący na srebrno pyłek
amore - delikatny róż ze srebrzystą poświatą

Ja nakładam je na klej do brokatu z Kryolanu - dają wtedy najlepszy efekt.





Skoro już wspominam o tym produkcie to trzeba o nim opowiedzieć więcej.
Kupiłam sobie go za jakieś też 15 zł na Ladymakeup. 
Wystarczy go odrobinka by pięknie " złapał " błyszczący produkt i wydobył z niego
to co najlepsze - wielowymiarowość, pigmentację i blask. 
Po prostu produkt  w 100% spełnia swoją rolę więc naprawdę polecam. 



Zaopatrzyłam się ostatnio w aż 3 nowe kolorki pomadek w płynie z Golden Rose.
Nie będę się rozwodzić na ich temat - są bardzo komfortowe w noszeniu,
dobrze napigmentowane, trwałe i przy tym przystępne cenowo.
Poniżej swatche 25,02,20. 




Jeśli chodzi o zapach jaki maltretowałam codziennie to woda toaletowa
z Zary Wonder Rose. Jest to bardzo słodki, ale jednocześnie delikatny aromat.
Nie jest to woda wyjątkowo długotrwała ale nie ulatnia się też szybko. 
Za 100ml płacimy jedyne 39,90 więc to naprawdę się opłaca,
zapachów do wyboru jest sporo i każdy znajdzie coś dla siebie. 
Podoba mi się tymbardziej, że zapach nie jest taki "tani",
pachnie bardzo luksusowo. To dobrze wyważona kompozycja, 
także szczerze polecam miłośniczkom słodkich zapachów. 


Jak znacie te produkty to wypowiadajcie się co o nich myślicie na dole!